Poezja jest pokarmem duszy, naszym wspólnym skarbem i tylko autor wiersza może mieć zastrzeżenia do jego rozpowszechniania. Jednak nikt jeszcze tego nie zrobił.... Dziękuję za mój blog.
Niechaj mię Zośka o wiersze nie prosi, Bo kiedy
Zośka do ojczyzny wróci, To każdy kwiatek powie wiersze Zosi, Każda jej
gwiazdka piosenkę zanuci. Nim kwiat przekwitnie, nim gwiazdeczka zleci,
Słuchaj - bo to są najlepsi poeci.
Gwiazdy błękitne, kwiateczki
czerwone Będą ci całe poemata składać. Ja bym to samo powiedział, co
one, Bo ja się od nich nauczyłem gadać; Bo tam, gdzie Ikwy srebrne fale
płyną, Byłem ja niegdyś, jak Zośka, dzieciną.
Dzisiaj daleko
pojechałem w gości I dalej mię los nieszczęśliwy goni. Przywieź mi, Zośko,
od tych gwiazd światłości, Przywieź mi, Zośko, z tamtych kwiatów woni,
Bo mi zaprawdę odmłodnieć potrzeba. Wróć mi więc z kraju taką - jakby z
nieba.
Niech słowo jak puch ostu leci...
Kochałem kwiaty, lalki, dzieci,
Marki i grzyby, wsi i miasta,
Gwiazdy, zwierzęta, nawet chwasty. Kochałem książki zapylone,
Usta wilgotne -- morza słone,
Bursztyny złote jak dziewczyny,
Dziewczyny złote jak bursztyny. Kochałem żabie, głupie chóry,
I niewysokie, ciche góry.
Kochałem mury wpół zwalone,
Patyną wieków uskrzydlone. Kochałem biednych, prostych. Stroje
Ludowe, piękne. Gdy przekroję
Serce, jak rześki miąższ cytryny,
Znajdę kącików pęk wciąż inny. A w każdym jakieś ukochanie,
Umiłowanie, zadumanie,
Nie tyle miodu w leśnym plastrze,
Ile me serce wciąż bogatsze,
Ukochań pełnych słodkiej treści,
W sobie ukrywa, w sobie mieści.
Kto mnie tak bardzo umiłował
I tyle serca dał mojemu?
Żem nic nie strwonił, wszystko schował
Jak ziarno w łono czarnoziemu.
Kto mi pozwolił szperać, szukać,
Znajdować, tracić, znów zyskiwać?
I czemu nie szła w las nauka,
I czemu kwitła co rok iwa?
A jeśli czasem coś porzucił,
O czymś zapomniał, coś utracił,
Jak chętnie po to bym powrócił,
Jak chętnie o to się wzbogacił.
Byłaś u kresu drogi dalekim światełkiem
Nadzieją, którą darmo szukać mędrca szkiełkiem
Byłaś serca stukotem i myśli gonitwą
I żebyś wreszcie przyszła żarliwą modlitwą
Byłaś liściem świecącym w purpurze jesieni
Byłaś drzwi niecierpliwym uchyleniem w sieni
I chwilą, w której zamarł czas i znikła przestrzeń
Przez jedną chwilę byłaś, tym byłaś a jesteś...
Jesteś wesołym ogniem co strzela wysoko
Nadzieją, którą darmo szuka mędrca oko
Czasem mierzonym serca biciem niecierpliwym
I żebyś tu została westchnieniem żarliwym
Jesteś moją muzyką w siedmiu strunach śpiącą
I garścią śniegu, w która wtulam twarz płonącą
I nitką co się złoto w przędzy myśli przędzie
Tym wszystkim dla mnie jesteś, tym jesteś, a będziesz...
Będziesz wiatrem wiosennym co wieje od rzeki
Będziesz snem, co zmęczone zamyka powieki
Moim świtem spokojnym, dni szarych pogodą
Będziesz soli okruchem i chlebem i wodą
Będziesz niezgrabnym wierszem i świerszczem w kominie
Babim latem w jesieni i kolędą w zimie
Bo tak nam już sądzone, tam gdzie ja i Ty wszędzie
Byłaś jesteś i będziesz...
Jest we mnie kraina przeźroczysta
w blasku jeziora Genezaret -
i łódź... i rybacza przystań,
oparta o ciche fale...
i tłumy, tłumy serc,
zagarnięte przez Jedno Serce,
przez Jedno Serce najprostsze
przez najłagodniejsze -
albo znowu - wieczór z Nikodemem,
albo znowu - nad brzegiem morskim,
dokąd powracam codziennie
oczarowany Twą pięknością -
A to wszystko: ten wieczór z Nikodemem,
ta kraina i rybacza przystań,
i toń taka przeźroczysta,
i Postać taka bliska
a to wszystko przez Punkt jeden Biały
z najczystszej bieli
objęty w sercu człowieczym
krwawym przepływem czerwieni.
Karol Wojtyła
( fragment poematu" Pieśń o Słońcu niewyczerpanym")
Urodzeni po wojnie, choć przed wojną tu jest prawie zawsze,
Wysnuwaliśmy wolno z kłębka losu szarawą tę nić.
Podfruwając ku niebu biało-czerwonym latawcem
Próbowaliśmy: można? trzeba? a jak chcemy żyć?
Podfruwając ku niebu biało-czerwonym latawcem
Próbowaliśmy: można? trzeba? a jak chcemy żyć?
Przebiegaliśmy młodość za piłką, dziewczyną i szczęściem,
Przeczuwaliśmy miłość i przyszła, przyszła i nic.
A nad miłość to już nie wypada prosić o więcej
Może tylko by można, by trzeba, by chciało się żyć.
A nad miłość to już nie wypada prosić o więcej
Może tylko by można, by trzeba, by chciało się żyć.
Budowało się wiersze na pustyni głupoty i zwady
To i trudno się dziwić, że wyć nam się chciało i pić
I zaznało się chwały, zaznało się i dna szuflady
Gdzie pytania jak można, jak trzeba, a jak chcemy żyć
I zaznało się chwały, zaznało się i dna szuflady
Gdzie pytania jak można, jak trzeba, a jak chcemy żyć
To gdy przyjdzie ta stara, z zakrzywionym kawałkiem żelaza
Powiem jej, nim mnie strąci, tak niby przypadkiem jak liść
Moje życie to zdanie: nie będę dwa razy powtarzał.
To to samo: jak można, jak trzeba i jak chce się żyć.
Moje życie to zdanie: nie myślę dwa razy powtarzać
Bo to jedno: jak można, jak trzeba i jak chce się żyć.
Wiosna radosna
Jak sosna tak prosta
Rozpustna zaczepna okrutna
Kwitnąca dysząca
I w pąkach w zającach
I w zwierzu w roślinie
Pęcznieje coś pilnie
Wybucha jak tchnienie
I znika marzenie
Drożdże w słojach bulgocą
Jabłeczniki ściany złocą
Ciemną nocą diabły psocą
Czarne koty się okocą
Gospodynie na pierzynie
Pocą sie, nie wiedzą po co
Wiosna radosna
Jak sosna tak prosta
Rozpustna zaczepna okrutna
Kwitnąca dysząca
I w pąkach w zającach
I w zwierzu w roślinie
Pęcznieje coś pilnie
Wybucha jak tchnienie
I znika marzenie
Niech najpiękniejsze stworzenia się mnożą, By śmierć nie mogła ściąć róży urody, A gdy ją zwiędłą w grób lata ułożą, Zakwitł wspomnieniem spadkobierca młody. Lecz ty, wpatrzony w twoje oczy jasne, Ogień swój sycisz swym tylko płomieniem, W ugory zmieniasz żyzne pola własne, Wrogu swój, pastwisz się nad swym cierpieniem, Choć świeży blask twój w krąg ozdabia ziemię... Jedyny pośle roześmianej wiosny, W twym pąku cała twa zawartość drzemie I skąpiąc trwonisz, o głupcze żałosny. Pożałuj świata, spłać mu należności, Nim grób je pożre, a z nimi twe kości.
Dzień zasypia powoli
i powoli noc brodzi
czemu tobie się spieszy
czemu szybko odchodzisz
O, gdybyś chciała zostać na dłużej
godzino miłowania
łatwiej byłoby świat nakłonić
do pojednania
łatwiej byłoby prawdę mówić
łatwiej składać słowa
łatwiej tracić , łatwiej żegnać
łatwiej wracać znowu
Dni bez ciebie są puste
co nam po nich zostanie
o gdybyś chciała zatrzymać
godziny przemijania
O, gdybyś chciała zostać na dłużej
godzino miłowania
łatwiej byłoby świat nakłonić
do pojednania
łatwiej byłoby prawdę mówić
łatwiej składać słowa
łatwiej tracić , łatwiej żegnać
łatwiej wracać znowu.
W jednym stali wazonie tulipan i róża.
Rzekł tulipan:
"Dalipan,
Że to mnie oburza,
Pokoju nikt nie wietrzy, duszno niesłychanie,
W takiej temperaturze żyć nie jestem w stanie.
Lufcik niech gospodyni przynajmniej otworzy,
Już wczoraj źle się czułem, a dziś - jeszcze gorzej!"
Odrzecze na to róża: "Panie
Tulipanie,
Proszę, niech pan nie nudzi i kwękać przestanie.
Egoista i sobek z pana! Jak pan może
Domagać się wietrzenia, gdy chłód jest na dworze?
Jeśli pan nie zamilknie - język panu przytnę!
Zdrowie mam takie kruche, płatki aksamitne,
Łodyżki delikatne, przeciągów się boję,
Zaraz dreszczy dostaję, gdy wietrzą pokoje,
Woń, barwę mogę stracić przy lada chorobie,
A pana to nie wzrusza. Pan myśli o sobie!"
Rzekł tulipan:
"Dalipan,
Sądzi pani błędnie,
Wiadomo, że kwiat każdy bez powietrza więdnie,
Lecz jeśli pani każe - chętnie się poświęcę,
Dla pięknej róży - wszystko! I nie mówmy więcej!
Okna pozamykane niech będą. Pokoje
Nieprzewietrzane. Trudno!"
I zwiędli oboje.
Nazajutrz gospodyni, żałując tej straty,
Wyrzuciła na śmietnik dwa zwiędnięte kwiaty.
Gdy umierał na krzyżu
cud się nie zdarzył
żaden anioł nie pomógł
deszcz nie obmył głowy
piorun się zagapił gdzie indziej uderzył
zaradna Matka Boska
z cudem nie zdążyła
wierzyć to znaczy ufać kiedy cudów nie ma
cud chce jak najlepiej
a utrudnia wiarę
Czemu Bóg ci dał Uśmiech tak uroczy, Tak anielską twarz, Tak szatańskie oczy? Czemu Bóg ci dał, Powiedz, moja luba, Tygrysicy krew, A ciało cheruba?
Jak diamentu blask, Mienisz się zdradziecko, Namiętnością - czart, Marzeniami - dziecko. Coraz inny strój Zdobi czoło twoje: Dzisiaj lilii kwiat, Jutro bluszczu zwoje.
Kiedy srebrny zmrok Na komnatę pada, Smętnie chylisz skroń, Zadumana, blada; Kiedy płynie pieśń Na powietrza fali, Jak bachantka drżysz I wzrok ci się pali.
Czasem kryjesz pierś Nieczułości zbroją, I kaskadą łez Twarz zalewasz moją; Czasem z cudnych ust Dajesz pić słodycze - Na przemiany: czart Albo Beatrycze.
I piekło, i raj W tobie się jednoczy. Czemuż Bóg ci dał Tak szatańskie oczy? Czemu Bóg ci dał, Powiedz, moja luba, Tygrysicy krew, A ciało cheruba?
Kobieta, którą kochałeś, upłynęła w listy, spotykasz ją w szybie każdego tramwaju. Gdy odpoczywasz pod przydrożną gwiazdą, w ciszy zmęczeni odwagą przechodnie przystają.
Nie śpiesz, zostaniesz zagnany w zaułek, nie nadążą już stopom wysadzone mosty. Daleko oknom dośpiewano światło: to palce wydłużone w wiotką melancholię układają Szopena w akrostych.
Mój Bóg pochyla się nade mną.
- Wstań - mówi, choć za oknem ciemno
I sen domaga się pointy.
Sam nie zna snu, więc mnie pogania
Do mycia zębów, do śniadania,
Siłą perswazji i zachęty.
Mój Bóg nie stworzył świata w tydzień.
Robota mu niesporo idzie,
Ciągle się myli i przeklina;
Grzebiąc w szczegółach - gubi wątek,
Nie wie gdzie koniec, gdzie początek
I sarka, że to moja wina.
Wciąż mu nie dość
Zmylonych dróg -
Uparty gość
Mój Bóg.
Częściej bezradny niż zaradny
Okazji nie przepuści żadnej
By w ból się wtrącić czyjejś duszy.
Z rozsądkiem zawsze ma na pieńku,
Lecz nie potrafi machnąć ręką,
Nie umie ramionami wzruszyć.
Gdziekolwiek w świecie coś się święci
Tam, jak cierń w pięcie, On się wkręci -
Nieustający ostry dyżur.
Oddaje wieczność dla tej chwili
Gdy nad kimś czule się pochyli,
Chociaż go zdrowo łupie w krzyżu.
Na do drzwi stuk
Kogo by mógł -
Wpuści za próg
Mój Bóg.
Ma żal do swych niebiańskich Braci,
Że słono każą sobie płacić
Za swą do łask i kar gotowość,
Ale podziwia także dość ich
Za wszechmoc, za brak wątpliwości
I za nieludzką pomysłowość.
Sam z rachunkami ma kłopoty;
Nikomu nie wyceni cnoty
I z grzechów też nie zbierze żniwa.
Trochę rozrzutny, trochę próżny -
Zawsze się czuje komuś dłużny,
Więc byle bydlę Go wykiwa.
A każdy dług
Zwala go z nóg -
Swój własny wróg -
Mój Bóg.
Nie dziw, że czasem już nie zdzierży!
Pić zacznie, jakby żył w oberży
I w cielesnościach się zatraca...
Szukam Go wtedy po melinach
I sam podsuwam rano klina,
Bo On szaleje - ja mam kaca.
Więc kiwa głową przy śniadaniu
Cichy jak wstyd, jak myślnik w zdaniu
Co prawd najprostszych nie uniesie,
Że się za oknem czai ciemność,
Że musi umrzeć razem ze mną,
A mimo to tak żyć mu chce się!
Nie leje łez
Na mroku próg -
Potężny jest
Mój Bóg.
Mały wietrzyk wiosenny Ledwie w drzewach zaszumi Ledwie w krzakach zamruczy. Jeszcze gwizdać nie umie, Jeszcze się uczy. Znalazł szczerbę w płocie - zaświstał. Znalazł listki - zapiał na listkach, Czasem w suchych gałęziach zatrzeszczy. Czasem nuci, gdy zagra mu deszczyk Albo szemrze w zeszłorocznej trawie Albo szepce tak, że milczy prawie. Ludzie mówią wtedy: nie ma wietrzyka A on jest . Tylko słucha słowika.
to bezsilność uszminkowała świat
do fotografii
śnieg upudrował kiełki konwalii
i drzewa mają wygięte rzęsy
prześwietlone okrągłym księżycem
- świat jest taki ładny -
na ulicy
długi cień latarni
wplątał się w deski płotu
milczącego podłużnie
w bramie - na przekór
skrzypiącym krokom
kwitną pocałunki
słyszysz - dzwonią
jak drzemiące główki konwalii
- świat jest taki ładny -
po drugiej stronie
zamkniętych okien