Poezja jest pokarmem duszy, naszym wspólnym skarbem i tylko autor wiersza może mieć zastrzeżenia do jego rozpowszechniania. Jednak nikt jeszcze tego nie zrobił.... Dziękuję za mój blog.
Dwie drogi w żółtym lesie szły w dwie różne strony:
Żałując, że się nie da jechać dwiema naraz
I być jednym podróżnym, stałem, zapatrzony
W głąb pierwszej z dróg, aż po jej zakręt oddalony,
Gdzie widok niknął w krzakach i gęstych konarach;
Potem ruszyłem drugą z nich, nie mniej ciekawą,
Może wartą wyboru z tej jednej przyczyny,
Że rzadziej używana, zarastała trawą;
A jednak mogłem skręcić tak w lewo, jak w prawo:
Tu i tam takie same były koleiny,
Pełne liści, na których w tej porannej porze
Nie znaczyły się jeszcze śladów czarne smugi.
Och, wiedziałem:
choć pierwszą na później odłożę,
Drogi nas w inne drogi poprowadzą - i może
Nie zjawie się w tym samym miejscu po raz drugi.
Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to w westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną -
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.
Nie zatrzymamy się, aż tej nocy nie przepłyniemy milcząc ręka przy ręce, przy twarzy twarz, by kołysała nicość. I będą z nami światy szły, o których wiemy z książek, co najmniej dwa, a może trzy: powietrzne, ziemskie, morskie.
Nie zatrzymamy się już, a nieba cienki szczebiot będzie nam inną ziemią rósł z księżyca, co jak żebro. I wstąpi tam nasz lekki cień, i wówczas blask wygasły nizinnej naszej gwiazdy - ci serdecznym wskażę palcem.
Zobaczysz krwistej łuny źdźbło, co w oko nasze patrzy, wyniosły dym, zwęglony dom i smutne nasze miasto. I zawiruje krągły stół, i świeca wstąpi w ciemność, przy której ciosam zgrzebny rym i kocham cię na przemian.
Nie zatrzymamy się więc tej nocy w milczeniu płynąc, gdy wszystko sen, jesteśmy snem bez ciała i bez imion. Lecz gdy kogutów tkliwy głos doleci nas już siwy - przy twarzy twarz, przy dłoni dłoń wrócimy, wrócimy.
W głąb kalendarza prowadzą niech wiodą imiona Adam w przedsionku, Zofia w ptasim gnieździe Barbara z Diabłem w grudniowym zajeździe, Nad ziąbem trunków lokiem zamyślona.
Luty obróci kożuch rzek na wznak, Czerwiec na szpadle sprowadzi dżdżownice, Październik sypie jabłka w kosze skrzypiec
I jeden krok I roku brak
A gdzież się miłość w czasie zapodziewa Ta już ostatnia jak wyblakły kontur Na drzwiczkach sanek, na pieców polewach Zaścianek burzy w zazdrostek zakątku
Blady Lermontow pisał o niej tak Łuskając z łupin zamszu pistolety Na wiorstę szlaku od ostatniej mety
I jeden krok I mety brak
W głąb kalendarza niech prowadzą leśne runa siwe od naftalin, Stwardniałe gruzy niezerwanych malin Pazurki ptaków uświerkniętych we śnie, Wargi kobiecej żelazisty smak
Co było - nie wróci, i szaty rozdzierać by próżno Cóż, każda epoka ma własny porządek i ład... A przecie mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin - tak chętnie bym dziś choć na kwadrans na koniach z nim wpadł.
Dziś już nie musimy piechotą się wlec na spotkanie i tyle jest aut, i rakiety unoszą nas w dal... A przecie mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie, i nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!
Pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza pojętny mój wiek, zdolny wiek mój chcę cenić i czcić... A przecie mi żal, że jak dawniej nam śnią się bożyszcza i jakoś tak jest, że gotowiśmy czołem im bić.
No cóż, nie na darmo zwycięstwem nasz szlak się uświetnił i wszystko już jest - cicha przystań, non-iron i wikt... A przecie mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym górują sokoły na których nie stoi już nikt.
Co było - nie wróci... Wychodzę wieczorem na spacer i nagle spojrzałem na Arbat - i ach, co za gość! - rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz, przechadza się, ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś!
Czekając, kiedy wzejdzie wigilijna gwiazda,
Do wpół zmarzniętej szyby przywarł chłopiec mały.
Patrzył - zimowe ptaki wracały do gniazda,
Jakby tego wieczoru też świętować chciały.
Niegdyś gwiazda z Betlejem mędrców prowadziła,
Dziś znak daje, by zasiąść do świętej wieczerzy,
By krucha biel opłatka skłóconych godziła,
A w sercu znów zamieszkał Ten, co "w żłobie leży".
Dla tych, co żyli dawniej, co będą w przyszłości,
I dla nas, byśmy w każdym dostrzegali brata,
Odwieczny Bóg w Dziecięciu zesłał znak miłości,
Przemieniając oblicze człowieka i świata.
Jest pora Świąt
I lśni w domu twym każdy kąt
I cieszyć godzi się,
Bo Słowo rodzi się,
Bo oto rozświetla mrok
Kolęda na cały rok.
Na szybach jest
Sto nut, mroźnych nut, białych łez, i spójrzcie – co za cud,
Żar bije z białych nut,
Ogrzewa serca, rozjaśnia wzrok
Kolęda na cały rok…
Więc śpiewaj, graj
I weź, zabierz na święta kraj
Blask świeczek, dotyk lnu,
Czas prześpiewany tu
I przy opłatku serdeczny tłok
Z kolędą na cały rok…
Jest zwykły dzień
I znów kłamstwa cień, smutku cień,
Lecz mało o to dbasz,
Bo światło w sercu masz,
Bo chroni twą każda myśl i krok
Kolęda na cały rok…
[...] "Co piszę ?" - mnie
pytałeś; oto ten list piszę do Ciebie -
Zaś nie powiedz, iż drobną szlę Ci dań - tylko poezję!
Tę, która bez złota uboga jest - lecz złoto bez niej,
Powiadam Ci, zaprawdę jest nędzą - nędz...
Zniknie i przepadnie obfitość rozmaita,
Skarby i siły przewieją, ogóły całe zadrżą,
Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie,
Dwie tylko: poezja i dobroć... i więcej nic...
Umiejętność nawet bez dwóch onych zblednieje w papier, Tak niebłahą są dwójcą te siostry dwie!...
Cyprian Kamil Norwid fragment z listu do Bronisława Zaleskiego.
Nie mówcie, że wyczerpany jej skarb, że z braku tematu zaniemówiła lira może nie być poetów; ale zawsze będzie poezja.
Dopóki fale światła będą drżeć zapalone pocałunkiem; dopóki słońce rozwiechrzone chmury w ogień i złoto będzie ubierać; dopóki wiatr w swoim łonie będzie nosił zapachy przyjemne i harmonie; dopóki na świecie będzie wiosna będzie poezja.
Dopóki nauka odkryć zródeł życia nie potrafi, i w morzu lub niebie będą przepaście opierające się wyliczeniom; dopóki ludzkość wciąż idąca naprzód nie będzie wiedziała dokąd idzie; dopóki będzie istnieć tajemnica dla człowieka, będzie poezja.
Dopóki czuć będziemy, że cieszy się dusza chociaż nie śmieją się usta; dopóki płakać się będzie, chociaż płacz nie zachmurzy zrenicy; dopóki rozum i serce będą nadal walczyć, dopóki będzie istniała nadzieja i wspomnienie, będzie poezja.
Dopóki będą oczy, które odbijać będą
oczy w nie patrzące,
dopóki odpowiadać będą wargi wzdychające
wargom, co wzdychają;
dopóki czuć się będą mogły w pocałunku
dwie dusze stopione,
dopóki istnieć będzie jedna piękna kobieta,
będzie poezja.
Ojcze nasz, któryś jest niemy,
który nie odpowiesz na żadne wołanie,
a tylko rykiem syren co rano dajesz znać, że świat
ciągle jeszcze istnieje,
przemów:
ta dziewczyna jadąca tramwajem do pracy
w tandetnym płaszczu z trzema pierścionkami
na palcach, z resztą snu w zapuchniętych oczach,
musi usłyszeć Twój głos,
musi usłyszeć Twój głos, by się zbudzić
w ten jeszcze jeden świt.
Ojcze nasz, który nic nie wiesz,
który nie patrzysz nawet na tę ziemię,
a tylko codzienną gazetą obwieszczasz, że świat, że nasz świat,
trwa uporządkowany: spójrz,
ten mężczyzna siedzący za stołem, schylony
nad kotletem mielonym, setką wódki, płachtą
popołudniówki tłustą od sosu i druku,
musi wiedzieć, że ty także wiesz,
musi wiedzieć, że wiesz, aby przeżyć
ten jeszcze jeden dzień.
Ojcze nasz, którego nie ma,
Którego imienia nikt nawet nie wzywa
prócz dydaktycznych broszur piszących Cię z małej litery, bo świat
radzi sobie bez Ciebie,
bądź:
ten człowiek, który kładzie się spać i przelicza
wszystkie te dzisiejsze
kłamstwa, lęki, zdrady,
wszystkie hańby konieczne i usprawiedliwione
musi wierzyć, żeś jednak jest,
musi wierzyć, żeś jest, aby przespać
tę jeszcze jedną noc.
Gdy dzień staje się już ciemny króciutki przychodzą do mnie smutki. Mają wielkie wielkie oczy pełne łez i sierść miękką jak puszysty szary pies. Lubią żeby gładzić je pomalutku. Szeptać: ,,Smutku dobry mój smutku!" Czasem trzeba je wziąć na ręce nie bronić się przed nimi nie złościć. Wtedy już się nie smucą więcej. Układają się przy mnie do snu. A nazajutrz potulnie rozpływają się w dniu pełnym radości.
Zawsze twierdziłem że los to zły kawał
Że po co ryba jeżeli jest kawior
Że z wszystkich stylów ostanie się gotyk
Bo stercząc nie naraża na kłujący dotyk
Siedzę przy oknie glony za nim mokną
Kochałem ludzi niewielu lecz mocno
Sądziłem że od lasu większe jest polano
Że po co całe dziewczę jeśli jest kolano
Że zaprószone pyłem z podkopów historii
Oko Rosji odpocznie na cyplach Estonii
Siedzę przy oknie umyłem naczynia
Szczęście już się skończyło nic się nie zaczyna
Sądziłem że w żarówce widać męki płócien
Że akt miłosny winien stworzyć własną mowę
Że wbrew Euklidesowi gdy coś zwężę w stożek
Nie tyle z tego zero ile chronos stworzę
Siedzę przy oknie wspominam dni młode
To się uśmiechnę to znów splunę na podłogę
Pisałem że liść każdy to pączka zniszczenie
Że w niewłaściwą glebę upadłszy nasienie
Nie puszcza pędów toteż łąka czy polana
Świadczy że się przyrodzie zdarzył grzech Onana
Siedzę przy oknie zaciskając wargi
Cień mój towarzysz na ścianie się garbi
Pieśni mojej motywu brakowało
Ale nie na chór jest pisana nie dziwię się wcale
Że mi w nagrodę za takie podarki
Nikt swoich nóżek nie kładzie na barki
Siedzę przy oknie morze stary raptus
Grzmi za storami i za świstem wiatru
Znając nasze dość niskogatunkowe czasy
Przybijam dumny stempel towar drugiej klasy
Na swe najlepsze myśli i niech jutro młode
Przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech
Siedzę w ciemności i nie gorsza pewno
Ciemność w pokoju niż ciemność na zewnątrz
Pozory myśli tkając w sieć pajęczą,
Chwytajcie muszki pozorów, co brzęczą
Tonem, głupocie miłym, jak łaskotka.
Lecz rwie się dowcip, kiedy prawdę spotka.
znam dowcip inny, który w myśli niebie
Rodzi się nagle, uśmiechnięty srogo
Rozbłysłą prawdą - gdy ten trafi kogo,
Trafiony ginie - lub zdradza sam siebie.
Stanisław Ciesielczuk
A jeśli mnie dom buczyną spięty
Tej nocy przyjmie w swoje progi
Zapalę gwiazdy w nocy głębi
A sam zakwitnę polnym głogiem
Beskid kołysze się i szumi
I chwiać się będzie drżeniem nieba
I horyzontu zmieni drogi
I umrzeć moim słowom nie da
Do końca drogi swej noc zmierza
I płoną drzewa w nocnym chłodzie
Czy gościem będę w nim czy muszę
Do domu swego wejść jak złodziej
A Beskid woła znak mi daje
Pójdź oto droga już niedługa
I trwa świt złocąc wyświechtana
Jesiennym złotem biedna fuga
Opowiedz nam, moja Ojczyzno
jak matka dzieciom ciekawym
o latach znaczonych blizną
na wiekach chwały i sławy.
O wojach Mieszka nam powiedz
o słupach nad Odrą stawianych
niech niesie twoją opowieść
wiatr halny i morskie szkwały.
Matczynej ucz nas miłości
jak ojciec w życie wprowadzaj
nie żałuj serdecznej troski
za trudy szczodrze nagradzaj.
Biel śniegu i żar czerwieni
i orły dumne piastowskie
to wieczne symbole tej ziemi
najmilszej sercu,bo polskie.
Wytłumacz nam, tak jak umiesz
skąd czerwień i biel sztandarów
niech ludzie żyją tu dumnie
że taki wydał ich naród !
Daj swoim synom żołnierzom
ten kwiat,jak kiedyś kęs chleba
to oni od wieków strzegą
tej ziemi i tego nieba.
Matczynej ucz nas miłości
jak ojciec w życie wprowadzaj
nie żałuj serdecznej troski
za trudy szczodrze nagradzaj.
Biel śniegu i żar czerwieni
i orły dumne piastowskie
to wieczne symbole tej ziemi
najmilszej sercu,bo polskie.
Opowiedz nam moja Ojczyzno
nam z lat siedemdziesiątych
jak w bliską wejdziemy przyszłość
a co oddamy historii.
A jeśli wielka historia
i dla nas ma trochę miejsca
bądź z wiernych mi najwierniejszą
i mnie weź sobie do serca
bądź z wiernych mi najwierniejszą
i mnie proszę weź sobie do serca !
Za spokój mego snu
Za kruchość twoich rąk
Za mroku ukojenie.
Za to, że mogę znów
A może pierwszy raz
Za rękę iść z marzeniem
To tak jak gdybym cały świat,
Jak kamyk trzymał w dłoni
I wierzył, że przed wiatrem i od zła
Twój uśmiech mnie obroni.
Tyle już dni odeszło w zapomnienie
Tyle już słów przebrzmiało
I milczenie skryło gniewu czas
A twoja miłość przy mnie trwa
I uczy mnie pokory.
i nikt nie zdoła zabrać juź
mojego uniesienia
bo skrzydła były dane mi
i sens twego istnienia
To tak jak gdybym cały świat,
Jak kamyk trzymał w dłoni
I wierzył, że przed wiatrem i od zła
Twój uśmiech mnie obroni.
Za spokój mego snu
Za kruchość twoich rąk
Za mroku ukojenie
Widzę wyraźnie,
Jak Wernyhora
Oto znów Tycia nadchodzi pora
Przeciętny Polak w owe 3 dnie
Nic tylko je i je
Potem go duszność męczy
I kolka
Razem z nim jęczy
Przeciętna Polka
Lecz nim tak jęczyć zaczną pospołu
siadają sobie ślicznie do stołu
Inaugurując smakowy raj
Na głowę
Konsumowaniem świątecznych jaj 200 kal.
Potem szyneczka 450 kal.
Schabik 440 kal.
Wędzonka 490 kal.
Biała kiełbasa 310 kal.
Tatar 300 kal.
Golonka 630 kal.
A gdy obrzydną im już zakąski
Zaraz dostają kawałek gąski 325 kal.
Frytki 250 kal.
Czerwonej ciut-ciut kapusty 25 kal.
I barszcz na szynce pieprzny i tłusty 180 kal.
Do tego chlebek 210 kal.
Masło 300 kal.
I sól 15 kal.
A w międzyczasie
Gul 180 kal.
Gul 180 kal.
Gul 180 kal.
Gul 180 kal.
Wreszcie makowiec 160 kal.
Placek 200 kal.
Mazurek 260 kal.
Sernik 170 kal.
Rolada 170 kal.
Kilka ptifurek 230 kal.
Dwie czarne kawy, gorzkie 2x0 00 kal.
Kompotu łyk 50 kal.
Do tego znowu
Cyk 180 kal.
Cyk 180 kal.
Cyk 180 kal.
Cyk 180 kal.
Razem: 6.805 kal.
Trzy razy dziennie tak przez 3 dni
I ...
Nikt nie pozna nas.
Hi, hi, hi.
Na kiepskich zdjęciach okruchy dawnych dni,
Czyjaś twarz, zapomniana twarz.
W pamięci zakamarkach wciąż rozbrzmiewa śmiech,
Czyjaś twarz zapamiętana.
Mijają dni, ludzie, natury rytm.
Wciąż nowych masz przyjaciół,
Starych przykrył kurz,
Dziewczyny ciągle piękne, lecz w pamięci tkwi
Ten pierwszy dzień, najgorętszy z dni.
Zapal świeczkę, za tych których zabrał los,
Zapal światło w oknie.
Zapal świeczkę, za tych których zabrał los,
Zapal światło w oknie.
Ludzi dobrych i złych wciąż przynosi wiatr,
Ludzi dobrych i złych wciąż zabiera mgła.
Lecz tylko Ty masz tą niezwykłą moc,
By zatrzymać ich, by dać wieczność im.
Pomyśl choć przez chwilę, podaruj uśmiech swój
Tym, których napotkałeś na jawie i wśród snów.
A może ktoś skazany na samotność
Ogrzeje się Twym ciepłem, zapomni o kłopotach.